czwartek, 29 kwietnia 2010

do superkobitki z dalekiego kraju

będzię jak będzie
ale będzie lepiej :)

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

fakty

PRAWO ŚCIGA SPRAWCÓW PRZESTĘPSTW PRZECIWKO OSOBOM BLISKIM ZA:

art. 207 §1 k.k. Znęcanie się fizyczne lub psychicznie nad osobą najbliższą lub nad inną osobą pozostającą w stałym lub przemijającym stosunku zależności od sprawcy albo nad małoletnim lub osobą nieporadną ze względu na jej stan psychiczny lub fizyczny - podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat (ścigane z urzędu)*.


art. 191 §1 k.k. Kto stosuje przemoc wobec osoby lub groźbę bezprawną w celu zmuszenia innej osoby do określonego działania, zaniechania lub znoszenia - podlega karze pozbawienia wolności do lat 3 (ścigane z urzędu)*.

* ściganie z urzędu polega na tym, że prokurator i policja prowadzą postępowanie niezależnie od woli i zgody osoby pokrzywdzonej. Wycofanie skargi lub odmowa zeznań nie jest podstawą do umorzenia postępowania, jeśli istnieje uzasadnione przypuszczenie, że popełniono przestępstwo.


cele pani X


1 poznać swoje prawa i dowiedzieć się jak je egzekwować

2 chronić swoją godność

pani X czy już pani Y ?

Pani X czuje się silniejsza,pewniejsza i mniej samotna

to niesamowite ale nagle okazało się że nie jest sama

Zdała sobie sprawę,że to ona stoi za sterem swojego życia a nie nikt inny,i to ona będzie o nim decydować.Jej statek jeszcze nie  płynie tak,jak trzeba ale kto powiedział,że to będzie łatwe

tylko jaki ma cel,jaki ma cel?????

jaki?

niedziela, 25 kwietnia 2010

...

Co innego lewitować na dnie a co innego to być do niego wciśniętym
Dziś czas nie miał znaczenia,błogie niebycie opanowało jej ciało.
Spała,czytała,oglądała,spała,leżała,rozmawiała z pisklakiem.Było fajnie,wreszcie nie czuła tego wszechobecnego ścisku w dołku,ciągłego spoglądania na zegarek,pośpiechu...
Ale jak w każdej bajce,do czasu
Do czasu,kiedy to on z furią wleciał w jej bezczas i zakomunikował,że ma trzy dni na to,żeby wypierdalać z domu,trzy dni i on jej wtedy pokaże
Udając że jego słowa jej wcale nie ranią, skuliła się w swoim zaszczutym ja
kiedyś się to zmieni,ja to wiem

niedziela

Pani X dobrze dziś spała,pewnie melisa zdziałała. A może myśl ,że wysłała najważniejszego maila w swoim życiu pozwoliła jej wreszcie nie rzucać sie po poduszce.

sobota, 24 kwietnia 2010

dno

Pani X po raz kolejny upadła na dno swojego życiowego akwarium,tym razem nie macha rozpaczliwie rękoma,aby odbić się od dna.Raczej upaja się lewitując na samym dole,przyglądając się swojemu bezwładnemu ciału uśmiecha się lekko

...

W pani X coś pękło,15 lat wmawiania sobie,że jest dobrze,kiedy jest źle dało o sobie znać.Nagle okazało się,że pani X nie może normalnie egzystować.Na co dzień pogodna i w miarę zrównoważona jednego dnia niespodziewanie rozpadła się na kawałki
Okazało się też,że jej stan ma zły wpływ na wykonywaną pracę,nie potrafi się skupić a co gorsza wszystko robi nie tak ,jak powinna.Czuje napływające łzy,ale boi się ,że kiedy zacznie płakać,to nie przestanie
Przerażona wzięła tygodniowy urlop,żeby odpocząć,wyciszyć się,dostała jakieś leki od koleżanki
ale czy to pomoże i na jak długo?

środa, 21 kwietnia 2010

Pan X się wyprowadził

Pan X się wyprowadził i zabrał telewizor,co prawda tylko do pokoju niżej ale zawsze to przeprowadzka

Pani X zamiast cieszyć się,że ma teraz trochę spokoju,miota się z kąta w kąt

a wszystko przez to,że kilka dni wcześniej nie przygotowała skarpet dla swojego pana...

jakie to wszystko....

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

...


Są tacy, którzy uciekają od cierpienia miłości. Kochali, zawiedli się i nie chcą już nikogo kochać, nikomu służyć, nikomu pomagać. Taka samotność jest straszna, bo człowiek uciekając od miłości, ucieka od samego życia. Zamyka się w sobie.

— Jan Twardowski

niedziela, 18 kwietnia 2010

rozwód? czemu nie...

Pan X znowu groził rozwodem

Pani X już się nie boi.Pierwszy raz ,kiedy to usłyszała zaczęła się dusić,nie mogła złapać powietrza

-Co ja zrobię sama,jak dam sobie radę....

Pani X już się nie boi,wie że i tak jest sama.Jeżeli tyle już przeszła,wytrzyma i to

Pan X chce żeby pozew napisała mu żona,ma napisać tak,żeby pan X dostał dom a ona wyniosła się z jego życia

Pytam panią X,czemu to ona nie rozwiedzie się ,żeby w końcu mieć spokój

-Czekam,aż dzieci podrosną,wtedy zacznę żyć dla siebie-uśmiecha się smutno,ale chyba sama w to nie wierzy

Wygląda to na rodzaj współuzależnienia,pułapki z której nie umie sama się wydostać.

sobota, 17 kwietnia 2010

błędne koło

Panią X chyba złapało wiosenne przygnębienie

Czuje się odizolowana od świata,a im więcej czuje się samotna,tym mniej wychodzi z domu i koło się zamyka

wtorek, 13 kwietnia 2010

[...] zawsze istnieje możliwość pomyłki co do ludzi, których kochamy. To najgorszy błąd, jaki można popełnić.

Jonathan Carroll 

czasem...

czasem budzimy się z wrażeniem,że wszystko nie ma sensu,

że opadło się na dno i nie ma się siły od niego odbić,

czasem czuje się wielką pustkę,której nie można niczym zapełnić,

czasem wydaje się,że zmarnowało się życie,

czasem....

sobota, 10 kwietnia 2010

...

wypadałoby coś napisać w związku z TYM ale jakoś nie mogę....

piątek, 9 kwietnia 2010

życie jest okropne...

...czasem odchodzi to czego nie zdążymy pokochać...

Czemu tak jest?Wolę nie wiedzieć...

czwartek, 8 kwietnia 2010

łza....

gdybym umiała czarować
zamieniłabym ciebie w łzę
kryształową kroplę
w bezkresnym błękicie
pływającą 
pośród bursztynowych raf
Z tęsknoty
zawiesiłabym cię na policzku
żebyś zawsze był blisko mnie
z zamkniętymi oczami
jak ślepiec
który tylko czuje
nasłuchiwałabym twoich kroków
po mojej twarzy
niżej i niżej
aż na ustach poczułabym
twój słony smak
-najsłodszy na świecie...

niewidzialni

Pani X cała w pianie bierze kąpiel,pan X puka do drzwi

-Mogę się załatwić?

-Możesz...

Żadne nie spogląda na siebie,jak dwie niewidzialne postacie mijają się obojetnie....

sobota, 3 kwietnia 2010

pan X i Wielkanoc

Pan X kiwając się nad szklanką piwa przemawia do pani X

-Nie musisz mi robić żadnego zająca

-Czemu?

-Bo nie chcę nic od idiotki....


Mimo wszystko życzę Wam wesołego Alleluja

piątek, 2 kwietnia 2010

mama

Czasem wracam myślami ,cofam się o miliony lat świetlnych i...
Jestem w studium, zaczynam drugi rok nauki. Mama dzwoni co jakiś
czas. Płacze, skarży się, że nie ma już siły. Hania dojrzewa,
przechodzi "okres buntu". Kiedy przyjeżdżam w pątki, z nikim się nie
witam, wchodzę do pokoju i piorę Hanię. Jak może tak mamę
denerwować?!
W końcu dowiaduję się, że mama ma niezłośliwego guza (na lewej
piersi).
Właściwie dociera to do mnie, kiedy zaczynam się o tym uczyć. Słyszę
na lekcjach o raku i mdli mnie. Boję się o mamę. Idę na praktyki do
akademii medycznej i kiedy widzę tych wszystkich chorych, robi mi się słabo.
Proszę, żeby mama się leczyła, że rak może się uzłośliwić. Ale ona
chce z tym poczekać aż skończę szkołę. Jeszcze rok.
WIem, że Hania, że Gosia mała, że nie ma ich z kim zostawić, bo
szkoła, bo tata za granicą. W końcu zapominam. Kończę szkołę.
Mamę już od 7 miesięcy bolą kości, chodzi zgarbiona. Lekarze mówią, że
to osteoporoza. Umiera babcia, na stypie mama mówi, że ona będzie
następna. Nikt tym się nie przejmuje, bo Kępińscysą dosyć
chorowici,ale prawie niezniszczalni. Skończyłam szkołę, tata wrócił z rejsu.
Wreszcie mama może zająć się sobą. Razem z tatą i ciotką Dorotą
(która leczy jakieś plamy na twarzy) jeżdżą po całej Polsce. Do
mongołów, znachorów, świętych Lipek.
Wszyscy mówią, że pomogą, że wyleczą, rozbiją - ale sami, nie
wolno iść do lekarzy, bo wszytko zepsują.
Jednak nie ma poprawy. Kiedy wreszcie decyduje się iść do lekarzy-
zapada wyrok - rak złośliwy.
Decyzja o naświetlaniu dróg rodnych, bo to rak hormonowrażliwy. Nie
wiem, jak mama, bo ja jestem przerażona. Ale pamiętam jak
zażartowałam: nie martw się, teraz będziesz mogła szaleć z tatą i
nie będziesz się bała, że zajdziesz w ciążę! Dzięki pani Ali-znajomej pielegniarce
mama jedzie do Szpitala do Redłowa. Trafia do jakiegoś obskurnego baraku,
do sali pięcioosobowej. Nie wiem co tam z nią robili. Pamiętam taki
incydent. Pod ścianą leżała jakaś kobitka, podobno w złym stanie.
Trzy dni potem opowiadały o niej współlokatorki, że dostała szału,
wyrywała sobie kroplówki. Przypieli ją pasami i wywieźli do
izolatki. Po paru dniach zmarła.
Przyjeżdżamy do niej co 3-4 dni, całą rodziną. Z mamą nie jest tak
źle (przynajmniej nie widać), tylko czasem, kiedy przy niej siedzę i
trzymam ją za rękę. ściska mnie tak mocno, jak by nie miała czucia.
Humor jej dopisuje, ale chciałaby bardzo wrócić na święto zmarłych
do domu. Co się dziwić, to pierwsze święto po śmierci babci. Lekarze
nie zaprzeczają. Owszem, może pani pojechać, ale w karetce na leżąco
(tata załatwia już za wczasu), zobaczymy w jakim będzie pani stanie,
przecież osteoporoza... A potem nagle tuż przed pierwszym listopada:
nie, w żadnym wypadku, jaka osteoporoza, to rak.
Przyjeżdżamy jak zwykle a tu okazuje się mama jest w izolatce,
przypięta pasami. Podobno krzyczała, wyrywała sobie kroplówki.
Pomyślałam sobie: to koniec. Postanawiamy oszczędzić Gosi tego
widoku(miala wtedy zaledwie 8 lat), zabraniamy rodzinie odwiedzin.
Od tej pory przyjeżdżamy z
tatą codziennie, ale na zmianę, on samochodem, ja pociągiem. Trzeba
być rano, żeby dać mamie śniadanie, potem ją przebrać, zmienić
pościel, potem obiad, rozdrobnić mięso, bo mama nie chce jesc
a wtedy jeszcze chwilka i do domu.
Wychodzę z domu o 7, idę na pociąg. Po 8 jestem w Gdyni, teraz na
kolejkę. W Redłowie można wsiąść do autobusu i jechać prosto do
szpitala, ale jest zima. Nie dość, że jeżdżą rzadko,to jeszcze nie
wiadomo, o której, bo nie zawsze zgodnie z godziną odjazdu.
Wygłądało to tak: jak czekałam, to nie przyjeżdżał, a jak tylko
odeszłam od przystanku, to przyjeżdżał. Zazwyczaj nie czekałam,
szkoda było czasu, a tam czeka mama i może jest głodna. Zawsze coś
wiozłam, albo czystą koszulę, albo kompoty i sama nie pamiętam co. Z
przystanku SKM do szpitala był spory kawałek, ciężka siatka i mroźna
zima. Chociaż nosiłam rękawiczki, zanim doszłam do mamy miałam tak
zmarznięte ręce, że nie mogłam wyprostować palców. Mimo, że mama
była w izolatce, zawsze w drzwiach było pełno kobiet. Ciekawskie
pacjentki miały serial na żywo. Nigdy nie omieszkały mnie
poinformować, co zrobiła moja mama.
- Pani, a ona wczoraj wieczorem głośno krzyczała, a w nocy
wszystkich wyzywała i znowu wyrywała sobie kroplówki...
Słuchając tego pękało mi serce. A one dalej z dziką satysfakcją
opowiadały i opowiadały.
Żeby tego nie słuchać zamykałam drzwi, ale wtedy mamie było za
gorąco i kazała je otwierać.
Od czasu przejścia na izolatkę, właściwie z mamą nie było kontaktu.
Traciła świadomość kim jest, żeby za chwilę dziwić się co robi w
szpitalu.
Myślę, że po tym jak nie pozwolili jej wyjść na przepustkę 1
listopada przeżyła szok. Może dopiero wtedy powiedzieli o jej
faktycznym stanie, że nigdy z tego nie wyjdzie, że ma rozległe
przerzuty? Nie wiem. Nigdy z tatą nie rozmawialiśmy o mamy chorobie,
ani w szpitalu, ani w domu, ani za jej życia, ani po.
Kiedy przyjeżdżałam do szpitala najbardziej bałam się tego, że
wejdę
na salę, a tam jej nie będzie i okaże się, że stało się to
najgorsze...
Raz tak się zdażyło. Wchodzę a sala jest pusta, na łóżku tylko
prześcieradło. Chodzę, biegam, pytam - nikt nic nie wie. Nigdy nie
zapomnę tego uczucia, suchy przełyk, drewniane nogi. Potem okazało
się, że mama była na naświetlaniach (głowy - podejrzewali guza
mózgu).
Kolejną ciężką sprawą były pasy. Szerokie, skórzane, opinające:
nogi, brzuch i ręce (do brzucha). Zaciśnięte mocno, żeby się z nich
nie wydostać. Kiedy je pierwszy raz zobaczyłam, to się popłakałam.
Mama wyglądała jak zaszczute zwierzę. Krzyczy, wyrywa się, mówi coś
niezrozumiale nie swoim głosem, a potem nagle całkiem przytomnie
patrzy na mnie i pyta: czemu jestem przywiązana? Odwiąż mnie córuś...
Serce pęka.
Odpinam więc, ale tylko ręce. Boję się, że potem nie dam sobie sama
rady. Czasem "wraca" ta inna mama i szamoce się, wyrywa. Zanim pójdę
do domu, muszę ją spowrotem związać - pielęgniarka kazała. I nagle
(ta moja prawdziwa) mama pyta
- Czemu mnie wiążesz?
Płaczę i robię swoje. Muszę mamo, muszę...
Kiedy tam jestem nikt mi w niczym nie pomaga, chyba przyzwyczaili
się, że mama nigdy nie jest sama.
Przychodzę, śniadanie stoi na szafce, nietknięte. Nie miał jej kto
nakarmić. Kiedyś uznali chyba, że sama może zjeść i odpięli pasy.
Kiedy przyszłam mama leży w łóżku mokra, wylała sobie zupę mleczną
na koszulę. Nikt tego nie zauważył (nawet ona sama), nikt nie
wytarł, nie posprzątał, nie przebrał.
Wszystko robię sama. Przebieranie bezwładnej osoby sprawia wiele
trudu. Nikogo już nie proszę o pomoc, bo choć tata rozdaje kawy na
lewo i prawo nikt nie ma czasu mi pomóc.
Włosy też mamie sama obcięłam, kiedy po chemii zaczęły wypadać.
Cięłam i płakałam. Odrosną mamo, odrosną gętsze i ładniejsze.

Czasem rozmawiam z mamą. A właściwie to obydwie mówimy, ale o czymś
innym.
Ja: Mamo, u nas wszystko w porządku, Gosia przynosi same piątki.
Mama: Stres, stres, stres...
Ja: Jesteśmy zdrowi, tęsknimy za tobą
Mama: Stres, stres...
Ja: (milczę)
Mama: O, Agnieszko przyszłaś. Co tam u was.
Ja: U nas wszystko dobrze. Gosia tęskni
Mama: Stres, stres...
Ja: (milczę)
Mama znowu zdziwiona, że jestem, że przyszłam. Chce żebym jej
opowiedziała co słychać w domu...

Z podaniem obiadu bywają kłopoty i to nie tylko dlatego, że mama
nie chce włożyć protezy i trzeba jej wszystko rozdziabać. Ale po
prostu nie chce, może nie ma apetytu? Ja wmuszam w nią kawałek po
kawałku. Boję się, że do rana już nic nie zje, bo kto ją nakarmi?
Mam wrażenie, że im jest to obojętne. Więc podaję, raz po razie.
Czasem mama połyka, a czasem pluje obiadem we wszystkie strony. Nie
odpuszczam. Kiedyś mama mnie karmiła, teraz role się odwróciły...

Raz po raz chodzę do lekarzy. Chcę sama się dowiedzieć co i jak, bo
z tatą nie rozmawiam na ten temat. Lekarze nie chcą mówić, naciskam,
mówię, że znam się na tym, w końcu uczyłam się o raku w szkole
Chyba się łudzę, ale każdy w końcu mówi to samo - nie ma szans.

Ze szpitala aż do Gdyni jadę autobusem. Czekając, palę papierosy i
płaczę. Płaczę nad mamą i nad sobą. Nad tym, że mama nie byłaby
zadowolona z tego, że palę- też płaczę. Wygrażam Bogu: jak Ty
zabierasz mi mamę, to ja będę palić i się truć tą nikotyną (istny
bezsens)

W połowie grudnia zapada dezycja, żeby mamę przewieźć do Pucka. Tu
już jej nie pomogą, a tylko blokuje łóżko. W Pucku leży zaledwie
parę dni, dostaje takich bóli, że strasznie krzyczy. Zabieramy mamę
do domu. Okazało się, że coś tam zaniedbali i dostała okropnego
zaparcia. Robimy z tatą jakieś lewatywy i nic. W końcu wzywamy
lekarza, pomaga.
Zbliżają się Święta. Mama psychicznie dochodzi do siebie. Można
już się z nią porozumieć, porozmawiać. W Wigilę siedzi z nami przy
stole, łamie się opłatkiem. Pierwszy raz siedzi w wózku inwalidzkim
(ale więcej jej tam nie sadzamy, za bardzo ją musimy szarpać i
męczyć). Na gwiazdkę, zażyczyłam sobie leksykony leków, żeby samej
sprawdzać jakie dostaje leki i na co. Bardzo boję się morfiny, bo to
podobno już koniec.

Znajoma pielegniarka mówi, że jak mama dożyje Nowego Roku, to będzie cud.
Podobno wyjątkowo złośliwy rak i są rozległe przerzuty. Powoli
mijają dni, a im więcej ich mija tym większą widzę szansę.
Przecież lekarze mogli się pomylić, rak to jeszcze całkiem nie zbadana choroba.

Cały czas jesteśmy przy mamie. Szczególnie w nocy. Dzielimy ją z
tatą. Z mamą jest dobrze, je, rozmawia z nami, a czasem nawet
krzyczy - to dobry znak. Przychodził rehabilitant. Ćwiczył z mamą i
masował jakieś punkty. Najpierw to lubiła, chociaż bolało, potem
zaczynała krzyczeć i wyzywać. Odwołaliśmy go. Na nogach mama
dostała zgorzeli (od kroplówek i pasów) przyszedł lekarz i wyciął, aż prawie
było widać kość. Ja zajęłam się raną, bo tata stwierdził, że
"skończyłam" medycynę. Źle się goiło. PRzyjechała jakaś znachorka,
powiedziała żeby leczyć kapustą - pomogło w ekspresowym tempie.
Kazała mamę okładać "żywą" wełną, pić zioła - to miało pomóc na raka
(była jeszcze jakaś śmierdząca maść). Może by pomogło, ale mamę
gryzła wełna i nie chciała w niej leżeć.

Cały czas leży w łóżku. Albo śpi, albo oczy ma otwarte. Prawie nic
nie mówi. Jakoś się trzyma do Komunii Gosi, potem nie ma już sił.
Nie chce już walczyć, poddaje się. Prawie nie śpi, jęczy, mało je.
Noc dzielimy na dwoje, 6 godzin tata, sześć ja. Niewiele pamiętam z
tego okresu, bo przeżywałam swoją miłość. Więc pół nocy spędzam u
Sławka, a pół przy mamie. Chodzę jak w transie, zmęczona,
niedospana. Mam przecież dwadzieścia jeden lat, ale nie narzekam.
Traktuję te "dyżury" jak obowiązek, ciężko mi odnaleźć w tej
kobiecie mamę. Spuchnięta twarz, duża łysa głowinka z mały siwym
(odrastającym już) meszkiem, z kamienną piersią, z której bez
przerwy coś się sączy, wielki brzuch i nóżki chude jak patyczki, bo
mięśnie zanikły. To moja mama? Czy może w tym ciele jak w skorupce
jest schowana? Czy coś myśli, czuje, czy tęskni za nami, czy nas
widzi?
Są wakacje, wysyłamy Gosię na Hel, niech odpocznie od wszystkiego.
Bóle stają się coraz silniejsze. Coraz częściej mama dostaje leki
przeciwbólowe, sprawdzam - to morfina.

Dzień wcześniej mama mówi coś o trumnie, że widziała swoich
rodziców. Znowu majaczy, myślę. Noc jest ciężka, mama krzyczy.
Proszę ją, błagam żeby była cicho, bo kiedy obudzi się tata znowu
będzie się na mnie gniewał, że źle się opiekuję, że na pewno
śpię, zamiast się nią zająć. Nawet ją lekko podszczypuję w rękę, żeby
się obudziła i umilkła.
Mama dostaje morfinę co cztery godziny (ostatnią przed 14).
Rano idę się zaopiekować dzieckiem koleżanki, wracam o 14 na obiad.

Właśnie zdążyłam zjeść, kiedy tata woła mnie z drugiego pokoju -
chyba nasza mama umarła. Podobno słyszał jej ostatnie westchnienie a
potem już nic, cisza. Byłam bardzo spokojna, taka pusta w środku.
Tata zadzwonił po pogotowie, a ja usiadłam przy niej. Na zmianę
podnosiłam powiekę (chyba chciałam sprawdzić źrenicę) i
sprawdzałam paznokcie (były sine). Tak, tak, nie żyje - powtarzałam ciągle.
Przyjeżdża pogotowie, osłuchuje mamę, stwierdza zgon i odjeżdża.
Jestem w szoku, myślałam, że będzie jakaś reanimacja,
elektrowstrząsy, że będą walczyć o nią, a tu nic. Zgon i koniec.
Długo potem jeszcze wierzyłam, że ona żyła, oddychała, ale
zamarzła, udusiła się w lodówce w kostnicy.
Trzeba było umyć i ubrać mamę. Wybrałam bluzkę, którą lubiła.
Nie płakałam, jeszcze długo potem nie uroniłam łzy. Myślę, że dla
mnie mama w jakiś sposób umarła dużo wcześniej. Umarła, ukryła się w
swoim chorym ciele. Pierwszą rzeczą, o której pomyślałam w tamtej
chwili było to, że wreszcie prześpię całą noc i nie mogłam
przestać o tym myśleć. A drugą, że nie mogłam sobie przypomnieć jak mama
wyglądała przed chorobą.
Po załatwieniu wszystkich formalności trzeba było jeszcze jechać na
Hel i powiedzieć Gosi.
Znowu decyzja, że ja to zrobię. Pamiętam to dokładnie, wchodzimy do
Krzyśka(brata mamy) a Gosia pyta ciągle, czemu przyjechaliśmy i czemu jesteśmy
ubrani na czarno. Chodź na frytki - mówię. Nie wiem jak zacząć.
Wiesz mama była chora na raka... i ten jej histeryczny płacz, już
wiedziała. Pytała czemu jej tego wcześniej nie powiedzieliśmy. Ona
cały czas myślała, że mama miała osteoporozę. Jakoś nie
pomyśleliśmy, żeby rozmawiać o tym między sobą, a co dopiero z
9letnim dzieckiem. Gosia powiedziała, że gdybyśmy jej powiedzieli,
że mama ma raka, to by wiedziała, że umrze. A tak nie była na to w
ogóle przygotowana. Pytała, czy może pisać listy i czy aniołki je
dostarczą mamie. To była najcięższa rozmowa w moim życiu.

Zawsze mama żartowała, że chce do trumny krzyżówkę i encyklopedię.
Wiem, że to głupie, ale kupiłam całkiem nową rozrywkę, długopis, a
pod poduszkę włożyliśmy leksykon. Dla nas było to tak samo ważne
jak różaniec...

Nie płakałam, długo nie mogłam, ale po pół roku nie mogłam przestać.
Chyba dotarło do mnie, że MOJA mama i ta chora kobieta, to była
jedna i ta sama osoba. Że mi jej brak, i że jej nigdy nie zobaczę.
Był czas, że śniła mi się nieomal codziennie. Z tęsknoty i żalu
prawie dostawałam kręćka. Budziłam się ze szlochem i smutkiem. Teraz
już prawie mi się nie śni. Dlaczego? Może zapomniała o mnie, ale ja
nie mogę. Cały czas czuję ten ból i nie mogę uwierzyć, że jej już
nie zobaczę.

Dziś kiedy zamykam oczy to widzę tą "zdrową" mamę, zawsze
uśmiechniętą, z papierosem, nad krzyżówką.

.